No pressing, no stressing. Thank you!



Klik...

Jak ten czas leci. Człowiek się obróci i 3 miesiące za nim.

A w ciągu tych 3 miesięcy całe mnóstwo zdarzeń.

Przede wszystkim rozchorował nam się pies.

3 tygodnie po obowiązkowym w Poznaniu czipowaniu na łopatce zrobiła się wielka gula. Podejrzewaliśmy, że to po uderzeniu na psim wybiegu, bo Blondyna na wybiegu nigdy sobie nie żałowała. Poszliśmy do weterynarza. Po tygodniu, gdy stan zamiast się poprawiać, pogorszył się zapadła decyzja o wycięciu tego czegoś. Okazało się, że czip rozwalił się na miliony kawałeczków i stąd ten stan zapalny. Wszystko zostało wycięte i myśleliśmy, że 10 dni i zaczniemy wracać do normalności. Nawet nie przypuszczaliśmy jak bardzo się myliliśmy. Po 10 dniach chuchania i dmuchania, gdy szwy zostały zdjęte, pod skórą znów zaczął gromadzić się płyn. I znów Blondi poszła pod skalpel. Po tej operacji zostały wysłane próbki z tej i poprzedniej operacji do badań bakteriologicznych i histopatologicznych. Po trzech dniach od drugiej operacji okazało się, że rozeszły się szwy i widać mięśnie pod spodem. Widok był makabryczny. Musiałam podjąć decyzję: kolejna narkoza i operacja, lub doszycie w znieczuleniu miejscowym i gojenie przez ziarninowanie. Zadecydowałam o znieczuleniu miejscowym. Po tych wypadkach Blondyna zaczęła się powoli goić, choć z rany sączyło się bardzo mocno. W tym czasie przyszły wyniki badań i wszystko stało się jasne. Nasz Golden ma panniculitis, czyli zapalenie tkanki tłuszczowej. Choroba niezwykle rzadka i w zasadzie nie wiele o niej wiadomo, oprócz objawów i tego, że może nawracać przez całe życie. Nie wiadomo ani skąd się bierze ani dlaczego. Może być genetyczna, a może uaktywnił ją czip. Jeden wielki znak zapytania. W tym czasie dziury powoli zarastały, ale ilość płynu była niezmienna. Ponieważ w pewnym momencie Blondyna przestała się goić, nasza weterynarz podjęła decyzję o plastyce skóry. Luśka po raz kolejny trafiła na stół. I to w trakcie naszej nieobecności, bo wyjechaliśmy na tydzień do Niemiec, ale o tym później.

Obecnie Luśka wciąż się goi. Operacja była w ubiegłym tygodniu, więc szwy dalej siedzą. Wciąż sączy, choć płynu jest zdecydowanie mniej, niż poprzednio. Przez jej chorobę nie wiadomo ile jej gojenie jeszcze potrwa.

W czasie, gdy chodziliśmy z Luśką dzień w dzień na zmianę opatrunku, złapałam fajny kontakt z właścicielką przychodni, która jest jednocześnie weterynarzem Blondyny. W trakcie jednej z wizyt rozmowa zeszła na organizację i zapytałam czy nie potrzebują kogoś do prac biurowych. Nie mieli etatu, ale zaproponowałam, że mogę poprzychodzić trochę w formie wolontariatu. Zrobiłam to niezobowiązująco, na nic nie licząc. Po prostu podobało mi się tam, a ciekawych doświadczeń nigdy dość. Po kilku dniach podpisałyśmy umowę wolontariatu na 3 tygodnie, bo po tym czasie mieliśmy zaplanowany wyjazd do Niemiec. Generalnie nie do końca okazał się to być wolontariat, bo właścicielka jest na tyle uczciwa, że w sumie odpracowywałam leczenie Luśki. A do tego do pracy chodziłam z Blondyną, co w tym przypadku było dla mnie zbawieniem, bo Luśka ze względu na swój stan musiała być pod ciągłą kontrolą, by na przykład nie rozgrzebała sobie opatrunku, więc i tak w tym czasie normalnej pracy podjąć bym nie mogła. Te 3 tygodnie były fantastyczne. Fajna atmosfera, wiele się nauczyłam i jeszcze więcej widziałam. Nie zemdlałam widząc flaki kota na wierzchu, ani nie spanikowałam trzymając Luśkę przy doszywaniu szwów, choć zaryczana byłam jak bóbr. :-)

W tym czasie okazało się, że przychodnia będzie się rozbudowywać i jest wolny, prawie idealny dla mnie etat, więc po powrocie z Niemiec będę miała gdzie wrócić. :-)

Potem, w zeszłą sobotę pojechaliśmy do Bawarii. Pierwotny plan zakładał zabranie ze sobą psa, jednak stan Luśki nie był na tyle dobry, byśmy ze spokojem ducha wzięli ją ze sobą. Na ten tydzień, Luśkę wzięła do siebie moja przyszła Szefowa. :-) Sama też ma Goldena, a do tego dwójkę dzieci, więc impreza była nieziemska :-) Tak nieziemska, że Luśka wróciła z dwoma lekko ułamanymi zębami... Znam jednak swojego psa na tyle, by wiedzieć, że przy napadach Luśkowej głupawki, jest to stwór nie do okiełznania. Stało się, trudno. Najważniejsze, że była w tym czasie szczęśliwa, czego jestem pewna, bo było to widać, a poza tym nie chciała wracać do domu :-)

W czasie, gdy Luśka imprezowała, imprezowaliśmy również i my :-) Wreszcie po dwóch latach udało nam się wyjechać na urlop! Pojechaliśmy do znajomego, do Bawarii i po raz pierwszy w życiu wspólnie doświadczaliśmy najpiękniejszego dla nas uczucia zagranicą – poznawania danego kraju „od kuchni”. Nie zwiedzania fantastycznych zamków, kościołów czy innych zabytków, ale mieszkania w małej miejscowości, poznania zwyczajnych ludzi, ich mentalności, podejścia do życia i zwyczajów.

Marzymy o podróżach w taki właśnie sposób, ale nie posiadając wielu dobrych znajomych zagranicą, nie znając języka danego kraju, (a nie wszędzie da radę porozumieć się na po angielsku) i przy naszej mocno rozwiniętej wyobraźni, zwyczajnie nie mamy tyle odwagi by zapuścić się w taką podróż. Tym razem mieliśmy taką możliwość i jesteśmy z tego powodu niezwykle szczęśliwi. To był naprawdę fantastycznie spędzony czas.

Wróciliśmy w sobotę i przez 3 następne dni nie mogliśmy dojść do siebie. :-) Pies zresztą też :-)

Teraz powoli zaczynamy wszystko ogarniać. Obecnie mam jeszcze trochę wolnego przed rozpoczęciem pracy, więc korzystam z tego ile wlezie :-)

tak-i-nie | 2011-10-13 22:18:08 | skomentuj (6)






Klik...
Dawno nie pisałam, ale żyję. :)
Maluch nad kończy dziś 3 miesiące i tydzień i ma się całkiem dobrze. Na początku był taki chaos w domu, że przeżyliśmy niejeden kryzys. Szczególnie w okresie kwarantanny, gdy nie mogliśmy wychodzić na dwór. Teraz część energii rozładowujemy na spacerach i jest już zdecydowanie lepiej. Zdążyliśmy się już również wystraszyć, bo nam się ADHD pochorowało, ale na szczęście nie było to nic poważnego, zareagowaliśmy w porę i już jest ok.
Poza tym zapisaliśmy się do przedszkola i dwa razy w tygodniu, we wtorki i czwartki uczęszczamy na zajęcia praktyczne (+ 3 spotkania teorii, które pewnie nie za wiele mi dadzą, bo książek wyczytałam już całą masę, ale wiedzy nigdy dość. :))
Przedszkole jest fajne, bo daje możliwość zabawy i w ogóle kontaktu z psami w podobnym wieku. Dla nas jest to szczególnie ważne, bo okazało się, że nasze ADHD jest wrażliwym dominatorem i ma bardzo słabe umiejętności społeczne, czyli po naszemu nie umie się dogadywać z psami, bo albo się ich boi, albo je dominuje. Problemy zaś wynikają z faktu że matka była zbyt uległa i nie nauczyła swoich dzieciaków tego jak powinny się zachowywać. Dlatego nadrabiamy :)
Ponad to uczymy się różnych komend i sztuczek i jest zabawnie.
A jak futrzak się pouczy i wybawi, to w domu jest taka cisza jakby psa nie było :) Wtedy wreszcie można się wyspać :)
Generalnie nasze życie kręci się ostatnio wokół futrzaka, z którego mamy niezły ubaw :)
A ja robię to co kocham, czyli czytam o zwierzakach, szkolę i pasjami fotografuję :)













tak-i-nie | 2011-07-19 14:14:18 | skomentuj (8)





statystyka

     



księga gości

2011
październik
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień